Jadę na Great September. Pierwszy raz, z tremą
W skrzynce leży PDF z biletem delegata Great September, do wymiany na badge na miejscu. W formularzu zaznaczyłem kategorię „Management”, organizator zgłoszenie przyjął i nagle zrobiło się oficjalne: 10–12 września jadę do Łodzi jako manager, nie jako widz. Nigdy wcześniej na takim festiwalu nie byłem. Na żadnym.
Dobra, to od razu wyjaśnijmy, po co. Mniej więcej połowa odkryć A&R wciąż przychodzi z poleceń i znajomości, a ja w tej branży nie znam jeszcze prawie nikogo. Trzy dni w jednym mieście z osobami od bookingu, wytwórni i mediów to najtańszy sposób, żeby to zmienić. Liczę, że ktoś z nich wyjedzie z Łodzi z muzyką Oli Geppert w telefonie. Tyle z planu.
Termin nie jest przypadkiem. Singiel „To nie ja” wychodzi 10 września, czyli w pierwszy dzień festiwalu, bo premiera ustawiona pod Great September motywuje lepiej niż manager. Do tego szykujemy koszulki na tę okazję: Ola i kod QR, który prowadzi do singla. Zamiast wciskać komuś link, po prostu chodzę po Piotrkowskiej.
No dobra, a teraz obawy. Mam trzy.
Pierwsza: gdzie właściwie mam być. Konferencja w Teatrze Pinokio, koncerty w klubach rozrzuconych po centrum, wszystko na piechotę. Panele w dzień, koncerty wieczorem, rozmowy pomiędzy. Podejrzewam, że najważniejsze pół godziny tego festiwalu wydarzy się w kolejce do baru, a nie na żadnym panelu. I mam nadzieję, że będę stał w tej właściwej.
Druga: koncert czy praca. Można zaszyć się pod sceną i chłonąć muzykę przez trzy wieczory, bo po to w końcu robi się tę robotę. Można też przegadać każdy koncert w drzwiach klubu i wrócić do Gdańska, nie wiedząc, kto grał. Obie wersje brzmią jak porażka. Balansu jeszcze nie złapałem. Zakładam roboczo, że koncert jest pretekstem, a rozmowa po nim celem.
Trzecia, najgorsza: jak sprzedawać i nie być nachalnym. Nie znoszę, gdy ktoś wciska mi coś na wydarzeniach i nie chcę być tą osobą. Szczęśliwie, ja nie będę niczego nikomu wciskać. Mam ze sobą artystkę z singlem w dniu premiery i pytanie, czy ktoś chce posłuchać. Wolałbym trzy dobre rozmowy niż trzydzieści wizytówek. Wizytówka ląduje w kieszeni i tam zostaje. Po dobrej rozmowie ktoś naprawdę włącza utwór.
Całe szczęście przez większość czasu będzie ze mną Ola. Rozmowa z artystką o jej piosenkach zawsze pójdzie lepiej niż rozmowa z managerem o cudzych. A ja mogę wtedy robić to, co do mnie należy: pilnować, z kim jeszcze mamy pogadać, zanim zamkną klub i chwalić Olę przed innymi, gdy jej skromność na to nie pozwala.
Po powrocie napiszę, jak było naprawdę. A jeśli byłaś albo byłeś już na showcasie jako delegat, to powiedz mi, na co uważać, zanim sam się przekonam. Śmiało napisz do mnie.