Początkujący manager muzyczny robi wszystko oprócz muzyki
Prowadzę dwójkę artystów z Trójmiasta i gdybym miał zmieścić w bio na Instagramie, czym się zajmuję, zabrakłoby miejsca. Jestem jednocześnie sprzedawcą, marketingowcem, bookerem i project managerem, do tego specjalistą od socjali i reklam, a w wolnych chwilach fotografem i operatorem. Wszystko oprócz sfery artystycznej. Ta jedna rzecz nie należy do mnie.
Dwójkę, choć w rosterze formalnie mam jedną artystkę. Ola Geppert i Ioanni pracują razem nad wspólnym wydawnictwem, a przy collabie nie da się prowadzić połowy projektu. Zarządzam więc obojgiem.
A i tak moje główne zadanie to kopanie artystów w dupę. Ale po kolei.
W branży mówi się na to „360”. Brzmi jak przemyślany model biznesowy. Prawda jest prostsza: na tym etapie nie stać Cię na agencję do żadnego z tych zadań, a rachunek płacisz czasem, nie przelewem.
Okładka do singla? Kilka godzin na peronie kolejowym i setki zdjęć do przejrzenia.
Jest też drugi powód, ważniejszy niż budżet. Na początku nie wiesz nawet, do czego taka agencja mogłaby się przydać. Nikt nie wymyśli strategii za Ciebie. Do agencji przychodzi się z gotowym pomysłem i podzleca tylko to, co Ci nie wychodzi – a żeby to wiedzieć, trzeba najpierw spróbować wszystkiego na własną rękę.
Wróćmy do kopania.
Niektórzy mówią, że to artystom musi zależeć bardziej niż managerowi. Absolutna prawda. Tylko że artystki i artyści mają tendencję do śnienia na jawie, nietrzymania terminów i przesadnie optymistycznych estymacji.
„Będziemy mieć 100 tys. słuchaczy po pierwszym singlu”. „To będzie gotowe na jutro”. „Został tylko mastering, a to już proste”. Znasz to?
Każde z tych zdań świetnie brzmi i nic z nich nie wynika. „100 tys. słuchaczy” to nie plan, tylko zakład, którego nikt nie zamierza rozliczyć. „Gotowe na jutro” nigdy nie znaczy jutro. A „tylko mastering” jakimś cudem nigdy nie jest tylko masteringiem.
Więc ostudzam, urealniam, ściągam na ziemię. Kalendarz wydawniczy planuję od daty premiery wstecz, z buforem na wszystko, co miało „być gotowe na jutro”. Nie po to, żeby odbierać komukolwiek entuzjazm – po to, żeby premiera wydarzyła się naprawdę, a nie w trybie przypuszczającym.
Do tego wspólny kalendarz, regularne spotkania w domu i premiera ustawiona pod Great September. Termin, którego nie da się przesunąć motywuje lepiej niż manager. A motywacja jest tu potrzebna do najnudniejszej części tej roboty, czyli do kończenia rzeczy zaczętych. Bez tego zostaje szuflada pełna prawie gotowych singli.
Marzenia są po stronie artystów. Terminy po Twojej.